Należenie do Richa było czymś więcej niż bycie po prostu sobą. Bycie przy nim było bolesne ale takiego bólu oczekiwałam. Mogłam łamać zasady a przede wszystkim być inna od rodziców.. No właśnie tak myślałam że bede inna od nich a tu okazało się z biegiem czasu robię dokładnie to samo, Chciałabym żeby ktoś mnie teraz złapał za czubek mojego największego palca u stopy i ściągnął na dół, uświadomił że on ma raka i nie mogę frunąć gdy nie mam skrzydeł. Miał raka a mimo to ja niszczyłam wszystko jak burza. Urodziłam nam córeczkę- Nazwaliśmy ją Kylie. Była piękna, miała duże usta a oczy miała po tacie. Ma dopiero trzy tygodnie a ja czuję jakbym z nią była od zawsze.
*Kilka dni wcześniej*
-Jak możesz tak mówić Lil!!!
-Jak? Chce oddać swoje udziały i znaleźć lekarza który cię uratuje
-Ja umieram, pogódź się z tym
-Nie potrafię- Wykrztusiłam.
*Teraz*
Cały czas sobie przypominam tą kłótnie, to jak nie pozwala mi siebie leczyć. Halo! Przecież ja wiem co mam zrobić, uratować go nie mogę go znowu stracić, dlatego też postępuje bardzo nieodpowiedzialne-Pomyślałam i włożyłam ostatnią walizkę do samochodu.
Miałam pewien plan, musiałam odnaleźć spokój i ciszę gdzieś gdzie Rich będzie mógł odpocząć, gdzie zajmą się nim. To zabawne ale czytałam artykuł o Balii i postanowiłam to zrobić, po prostu to zrobić. Zostawiłam Richowi tylko wodę i bilet z zegarkiem a wszystko resztę sprzedałam, jedyne co mamy to ubrania i pamiątki i nasza Kylie, byłam gotowa ją tam wychować i żyć z Richem.
Szczerze? Bałam się ze gdy tylko tam wyląduje okaże się że nawet to nie pomoże, a teraz postawiłam na to wszystko-dosłownie nie mam ani grosza bo moje udziały są sprzedane, może nie tyle co je sprzedałam, oddałam je rodzicom i straciłam majątek, nie mam nic a za ten pomysł to i nic nie odzyskam tak bynajmniej usłyszałam z ust mamy, wiem że tata myśli inaczej i pomoże jeśli to nie pomoże.
* Następnego dnia*
Kylie źle przeżyła lot, dostała gorączki i w nocy jedyne co widziałam to korytarz u drzwi w połowie drogi na wyspę. Nie wiedziałam co mam zrobić. Muszę ją zabrać i pojechać tam bo Rich nie będzie wiedział gdzie nas szukać, ale jeśli pojadę to zaryzykuje zdrowie dziecka, może jej się pogorszyć, byłam załamana i zapłakana, czułam się znowu jak dziecko, małe rozpieszczone dziecko. Ubrałam buty i weszłam po nią, oderwałam ją od apretury która zaczęła piszczeć i wzdłuż korytarza pobiegłam na lotnisko dla helikopterów gdzie tam był i mój.
-Co Pani robi?-Powiedział pilot
-Leć-Krzyknęłam.
Nie powinnam tego robić. Kylie wymiotowała a ja płakałam, gdy tylko wylądowaliśmy z samego rana na wyspie to znalazłam się w kolejnym szpitalu obok lotniska.
-Co ty zrobiłaś?-Powiedział Rich gdy tylko wylądował i dostał telefon
-Jak mogłas ją tak narazić? Czemu w ogóle nie myślałaś?
-Bo ..-Za brakło mi słów, tak chciałam by żył że naraziłam naszą córkę. Mineło kilka dni zanim Rich mi wybaczył i powiedział że możemy iść do naszego domu, problem polegał w tym że on oczekiwał tutaj jakiegoś wypadu SPA czy coś, nie zdawał sobie sprawy że będzie medytował a ja pracowała, że będziemy tutaj mieszkać.